BLOG – tu udaję, że jestem ciekawym człowiekiem.

Mesjasz polskiego komiksu.

NARODZINY

Szczerze uważam, że każdy człowiek rodzi się z jakimś talentem. Może nawet kilkoma. Niektórzy na przykład maja talent sportowy. Oczywiście nie wszyscy. Myślę jednak, że każdy, albo prawie każdy, albo chociaż niektórzy, chcieliby mieć dobrą kondycję, nie wypluwać płuc po przebiegnięciu paru metrów za odjeżdżającym autobusem itp. Ja np. chciałbym być jak Bruce Lee (najlepiej, kiedy jeszcze żył), no ale wiem, że aby osiągnąć jedną setną jego poziomu, musiałbym przez resztę życia woskować samochód jakiegoś Japończyka. Przyznam, że trochę mi się nie chce. W związku z tą czysto praktyczną barierą wszelką aktywność fizyczną uważam za stratę czasu. Są jednak ludzie, którzy próbują, dla tzw. „lepszego samopoczucia”. Chodzą po górach, uprawiają jogę, jogging, lub też inne rzeczy, które można uprawiać, a których ja osobiście nie praktykuję*. Wiedzą, że nie pojadą z tym zapewne na olimpiadę, ale może paru znajomych zauważy, że schudli.
Idąc tym tropem, czy to samo dotyczy innych talentów? Czy potrzeba tworzenia jest również w każdym człowieku? Pewnie tak. Rzecz w tym, że w przeciwieństwie do aktywności fizycznej, aktywność twórcza jest w dzisiejszych czasach banalnie prosta. Każdy głupi może zrobić komiks. Nie, nie mówię „dobry komiks”, ale po prostu, komiks. Spójrzmy na serwis komixxy.pl:

Jego zawartość jest, jaka jest. Tzw. „rage comics”, których popularności nie rozumiem, bo są to w gruncie rzeczy graficzne emotikony, a więc żadne odkrycie, no ale póki co udaje mi się z nimi żyć na zasadzie wzajemnego omijania się. Komixxy są z reguły równie beznadziejne, jak ja podczas gry w siatkówkę: niezdarne i/lub żenujące. Z drugiej jednak strony, kim jestem ja, żeby tym ludziom mówić, czym się mają jarać? Jeśli ktoś ma tak ogromną potrzebę być twórcą/współtwórcą zamiast tylko biernym odbiorcą, to proszę bardzo. Podejrzewam, że stąd również bierze się potrzeba tuningowania aut w grach, albo ubierania postaci w kretyńskie kapelusze.

ŚMIERĆ

Równocześnie wiele całkiem zacnych webkomiksowych pomysłów upada. Przesłuchałem dzisiaj 86 odcinek podcastu „K-pok”, w którym to odbyła się stypa po zinie „Kolektyw”. Dyskusja, w której udział wzięli redaktorzy pisma, toczyła się wokół historii samego „Kolektywu”, ale też jego korzeni, a więc komiksu internetowego i zmian, jakie się w nim dokonywały w ostatnich latach.

Przyznać trzeba, że zmiany zmierzają w średnio optymistycznym kierunku. Wielu webkomiks sobie odpuściło, niektórzy zwolnili trochę tempo śmiesznych rysuneczków z internetu, by nagrywać śmieszne filmiki z internetu, którym życzę jak najlepiej, ale mam wrażenie, że w kategorii śmieszne filmiki z internetu też wielkiej rewolucji nie zrobią.

Oczywiście, bacznie obserwujący polską scenę komiksu sieciowego czytelnik powie: Tak, ale są przecież jeszcze dzielnie się trzymający twórcy, utalentowani, przystojni, młodzi ludzie! Odpowiadam: to prawda, no ale co ja sam zdziałam? Przecież się kurwa nie rozdwoję.

ZMARTWYCHWSTANIE

Sa osoby, które twierdzą, że polski komiks czeka na cud. Na kogoś, kto powrotem do złotych lat 90-tych przywróci formie komiksowej popularność w Kraju Kwitnącej Wisły. Stąd, co jakiś czas powrót do idei „zeszytówek”, ale nie takich dla śmiechu, jak „Człowiek bez Szyi”, tylko takich bardziej serio, z fabułą i w ogóle wypas. Najnowszym chyba takim projektem jest „Biały Orzeł”, seria o polskim superbohaterze. Tu pozwolę sobie przytoczyć komentarz ze strony, będący być może komentarzem ironicznym, nie jestem pewien, gdyż tak mocno wpisuje się on w mentalność, o której wspomniałem:

„O rany! Jak to zobaczyłem w gazecie, to odzyskałem wiarę w polski komiks. Do tej pory widziałem wyłącznie niszowe bazgroły krążące w postaci zinów, a tu proszę! Okazuje się, że ktoś tworzy prace na miarę Marvela. BRAWO!”

Nie miałem jeszcze przyjemności zakupić komiksu, muszę zatem oceniać tylko po stronach przykładowych:

Nie chcę już nawet wnikać, czy strona graficzna, a tym bardziej fabularna serii zapowiada się dobrze, czy nie. Ale trochę trudno mi uwierzyć, że nadzieją polskiego komiksu jest cofanie się akurat do tych czasów w komiksie amerykańskim, na które sam komiks amerykański patrzy z lekkim zażenowaniem. Sentyment oczywiście rozumiem, mam go też odrobinę, choć z wiekiem coraz mniej. Czy to jednak ten Mesjasz, na którego niektórzy wydają się czekać? Nie wydaje mi się.

Co więcej, mam wrażenie, że czekając na kolejną zeszytówkę, albo kolejny „Kolektyw” lub oglądając się na te nowe serwisy, co to kiedyś ich nie było, możemy wiele różnych, zajebistych rzeczy przegapić. Niestety, historia uczy, że ożywianie trupów w większości przypadków produkuje zombie.

Pozdro.

*ogród, na przykład.


Nie umiem rysować, odc. ileśtam

Bo czasami bywa tak, że człowiek przed narysowaniem komiksu musi się do niego przygotować. Jest to proces w moim przypadku o tyle bolesny, że nie jestem człowiekiem zbyt cierpliwym, i najchętniej rzuciłbym się w wir walki póki jeszcze jakimś cudem mi się chce.

Obecnie na takim właśnie etapie jestem z „Epoką Dymu”. Myślę, że odcinek drugi wyszedł mi nie najgorzej, ale zależy mi na tym, by z odcinkiem kolejnym podnieść poziom tak wysoko, jak jestem w stanie. Od paru dni staram się przejść etap, który zawsze sprawiał mi sporo problemów, czyli projektowanie postaci.

Obrazek powyżej to część szkiców, nad którymi dziś siedzę. Projekt z prawej na sto procent wyrzucę, pozostałe pewnie zostaną, być może z małymi zmianami.

Oprócz projektów postaci, mam do zrobienia co najmniej parę maszyn. Chciałbym również jeszcze mocniej podkreślić charakter samego świata. Moim pierwotnym założeniem były miasta, w których regularnie dochodzi do potyczek superherosów, a więc często niszczone i odbudowywane. Stąd brak typowych dla komiksu superhero drapaczy chmur, których budowa byłaby w takim świecie niezbyt opłacalna, moim zdaniem. W części trzeciej chciałbym poświęcić chwilę na lepsze opisanie tego świata, dodanie mu szczegółów.

Jeśli chodzi o fabułę, chciałbym jak najwięcej wątków powyjaśniać i pozamykać, ponieważ traktuję odcinki 1-3 jako pierwszy (ale, mam nadzieję, nie ostatni) sezon.


Nie jestem prawnikiem…

…co więcej, większość zapisów prawnych doprowadza mnie do bólu głowy. Moim skromnym zdaniem, ludzie, którzy potrafią słowa „domniemany” użyć czterokrotnie w jednym zdaniu nie mogą być do końca zdrowi na umyśle (przyganiał kocioł garnkowi). Jednak w związku z szumem, jaki panuje ostatnio w sieci wokół ACTA, postanowiłem to gówno w końcu przeczytać.
Szczerze? Nie znalazłem tam nic aż tak strasznego. Ok, zapis jest często ogólnikowy, ale jak podejrzewam, tylko ze względu na to, że prawa różnych państw różnią się od siebie w kwestii definicji pewnych terminów.
Większość umowy dotyczy piractwa na skalę handlową, czyli, jak rozumiem, nie dotyczy piractwa internetowego. Te fragmenty przejrzałem dość pobieżnie, przyznaję.

Interesujący mnie jako uzytkownika sieci fragment to „SEKCJA 5: DOCHODZENIE I EGZEKWOWANIE PRAW WŁASNOŚCI INTELEKTUALNEJ W
ŚRODOWISKU CYFROWYM”.

Okej, tu mamy fragment, który mówi:

Strona może, zgodnie ze swoimi przepisami ustawodawczymi i wykonawczymi, zapewnić
swoim właściwym organom prawo do wydania dostawcy usług internetowych nakazu
niezwłocznego ujawnienia posiadaczowi praw informacji wystarczających do
zidentyfikowania abonenta, którego konto zostało użyte do domniemanego naruszenia, jeśli
ten posiadacz praw złożył wystarczające pod względem prawnym roszczenie dotyczące
naruszenia praw związanych ze znakami towarowymi, praw autorskich lub pokrewnych i
informacje te mają służyć do celów ochrony lub dochodzenia i egzekwowania tych praw.
Procedury są stosowane w sposób, który pozwala uniknąć tworzenia barier dla zgodnej z
prawem działalności, w tym handlu elektronicznego, oraz, zgodnie z prawodawstwem Strony,
zachowuje podstawowe zasady, takie jak wolność słowa, sprawiedliwy proces i prywatność.

Jeśli dobrze rozumiem, to znaczy to tyle, że jeśli zacząłbym robić masowo fanarty ze Spider-Manem i zbijać na tym nie wiadomo jakie pieniądze, na dodatek robiłbym to pod pseudonimem, ludzie z Marvela mogliby mnie zaskarżyć i dopiero potem policja miałaby się zwrócić do mojego dostawcy o moje dane i udostępnić je Marvelowi. Pod warunkiem,że „informacje te mają służyć do celów ochrony lub dochodzenia i egzekwowania tych praw”, cokolwiek to oznacza.

Inny fragment:

W celu ochrony podanych w formie elektronicznej informacji o zarządzaniu prawami19 każda
ze Stron zapewnia odpowiednią ochronę prawną oraz skuteczne środki ochrony prawnej
przeciwko każdemu, kto świadomie i bez zezwolenia dopuszcza się jednego z następujących
czynów, wiedząc lub – gdy chodzi o środki cywilnoprawne – mając uzasadnione podstawy, by
wiedzieć, że czyn ten spowoduje, umożliwi, ułatwi lub ukryje naruszenie jakichkolwiek praw
autorskich lub pokrewnych:
a) usuwania lub zmiany jakichkolwiek podanych w formie elektronicznej informacji o
zarządzaniu prawami;
b) rozpowszechniania, przywozu w celu rozpowszechniania, nadawania, komunikowania
lub publicznego udostępniania artystycznych dzieł, wykonań lub nagrań ze
świadomością, że podane w formie elektronicznej informacje o zarządzaniu prawami
zostały usunięte lub zmienione bez zezwolenia.

Tu trochę mnie rozbolała głowa, ale jeśli dobrze rozumiem, informacja o zarządzaniu prawami to np. podpis autora pod rysunkiem, a więc dotyczy to sytuacji usuwania podpisów np. na Demotywatorach. Okej… Wcześniej jeszcze jedno z zalożeń sekcji 5:

W odniesieniu do ust. 1 procedury dochodzenia i egzekwowania każdej Strony stosuje się do
naruszenia prawa autorskiego lub praw pokrewnych za pośrednictwem sieci cyfrowych, które
może obejmować bezprawne wykorzystanie środków powszechnego rozpowszechniania w
celu dokonania naruszenia. Procedury są stosowane w sposób, który pozwala uniknąć
tworzenia barier dla zgodnej z prawem działalności, w tym handlu elektronicznego, oraz,
zgodnie z prawodawstwem Strony, zachowuje podstawowe zasady, takie jak wolność słowa,
sprawiedliwy proces i prywatność.
(w odnośniku) Na przykład, bez uszczerbku dla prawodawstwa Strony, przyjęcie lub utrzymanie systemu przewidującego
ograniczenie odpowiedzialności dostawców usług internetowych lub środków zaradczych skierowanych przeciwko
nim przy jednoczesnym zachowaniu uzasadnionych interesów podmiotu prawa autorskiego.

Czyli, generalnie rzecz biorąc działanie umowy w Polsce jest oparte przede wszystkim o polskie prawo? W sumie, znając nasze prawo, można się zastanawiać, czy to dobrze.

Tak nawiasem: „bezprawne wykorzystanie środków powszechnego rozpowszechniania w
celu dokonania naruszenia”. Środki powszechnego rozpowszechniania? Serio? Jeszcze wykorzystane w celu dokonania naruszenia?

Chyba czas na moje leki.

Podsumowując, internet twierdzi, że zbliża się masowa cenzura i permanentna inwigilacja nie wytrzymam. Ja tego tu nie widzę. Ale ja się nie znam. Inna sprawa, jakoś sobie nie wyobrażam, żeby polski rząd był w stanie wcielić się w rolę Wielkiego Brata z przyczyn czysto technicznych. Wydaje mi się to równie wykonalne, jak laptopy dla każdego dziecka, czy głosowanie przez internet.
Inna sprawa, że ACTA można tez traktować jak swego rodzaju umowę o ekstradycję, podpisaną z dużymi, złymi korporacjami. O ironio, na zlikwidowaniu piractwa, w którym, jak się wydaje upatrują one winę wszelkiego zła, więcej zyskaliby tak naprawdę mniejsi wydawcy, bo ludzie zapewne nie ruszyliby do Empików, a zaczęli szukać darmowej/taniej alternatywy.

Tak, zdecydowanie czas na moje leki. Omnomnomnom.


2012

Jak zwykle, po depresyjnym, około-świątecznym podsumowaniu roku, czas na parę słów na temat nadchodzących miesięcy. Pierwsze tygodnie stycznia spędziłem powoli wygrzebując się z przerwy bożonarodzeniowej (nie wiem w ogóle, na ile to dobra wymówka, biorąc pod uwagę, że świąt nie obchodzę, w tym roku nie oberzałem nawet symbolicznie „Szklanej Pułapki”), oraz szukając sposobu na załatanie dziury budżetowej (własnej, prywatnej). Przez ostatni tydzień zajmowałem się głównie napierdalaniem stron testowych dla potencjalnego zleceniodawcy, teraz jestem na etapie „zadzwonimy do pana”, czyli w zasadzie mam wolne.

No, przynajmniej w teorii. Zbliża się deadline Kolektywu, webkomiks też sam się nie zaktualizuje. Mam jak zwykle więcej pomysłów niż sił czy czasu. Komiks to wredna dziwka jednak.


Webkomiksowe podsumowanie roku.

Na początek powiedzmy sobie jasno, nie zamierzam robić tu żadnego rankingu, bo i nie mam takich kompetencji. Komiksów czytam coraz mniej, po części pewnie z przyczyn finansowych, ale nie tylko. W końcu, choć webkomiksy dostępne są za darmo, zaglądam do nich równie rzadko. Myślę, że w pewnym momencie ilość subskrybowanych stron trochę mnie przytłoczyła, przestałem za nimi nadążać. Nawet przerzucenie się z czytnika Google na lepiej zorganizowany interfejs feedly.com niewiele mi pomógł. W ostatnich miesiącach zdecydowałem wyczyścić rss-y i zacząć od zera.

Oto zatem kilka serii, które mimo wszystko udało mi się w tym roku śledzić.

Remek Dąbrowski – Parada Karzełków, blog, który nie jest w zasadzie webkomiksem, ale zaglądam do niego dość często, by o nim wspomnieć. Satyryczne rysunki w prostej, szkicowej stylistyce, poruszające głównie tematy polityczne.

Głosy w Mojej Głowie – komiks internetowy, w którym mgr Maciej Łazowski pod maską żartu i ironii nawołuje do nienawiści wobec wszystkiego i wszystkich, na dodatek bezczelnie zrzynając styl rysowania z Jean-Jacques’a Sempé. No i jak w tym kraju ma być dobrze, jak się takie rzeczy w Internetach publikuje, ja się pytam? Gdyby „Głosy…” nie były takie zabawne, to z pewnością bym ich nie czytał.

Karmelki – webkomiks Karola Kalinowskiego, który wystartował dopiero parę dni temu, ale ma już kilka dobrych odcinków. Postacie, z tego co rozumiem, są już znane czytelnikom „Produktu”, którego ja nigdy nie kupowałem, więc się nie znam i dla mnie jest to nowość.

Na pewno jest dobrze od strony graficznej, czego w polskim webkomiksie trochę mi brakuje, zwłaszcza, jeśli chodzi o cartoon (choć w ostatnich latach średnia wydaje się iść w górę).

Stalowy Jeż – ciekawy webkomiks, nawiązujący do twórczości Brzechwy. Graficznie nie jest rewelacyjny, czasami elementy czy użyte kolory „gryzą się”, ale nie jest źle. Jest to kwestia raczej doboru kolorów, niż samej kreski.

Co ważne, jest to webkomiks fabularny, i to konsekwentnie aktualizowany, co jest u nas rzadkością.

The Movie – najstarszy z wspominanych dziś przeze mnie komiksów, teraz posiadający własny spin-off. Póki co „starych” bohaterów lubię bardziej, to pewnie kwestia przyzwyczajenia. „Nowi”, no cóż, na razie ledwo pamiętam, kto jest kim.

W „The Movie: Theater” Robert Sienicki próbuje się, jeśli chodzi o webkomiksy, to chyba po raz pierwszy od czasów serii „Mój Martwy Współlokator” z formułą sitcomu. Jest to forma może nie obca czytelnikom polskiego komiksu sieciowego, ale tu mamy mniej absurdalnych rozwiązań i superbohaterów, a więcej, nazwijmy to, komedii obyczajowej. Chyba podoba mi się taki kierunek.

Nowy rysownik, Krzysiek Małecki również daje radę (choć dłonie jego postaci wyglądają jak płetwy, co nie daje mi spokoju).


Wióry – to już typowy absurd, parodiujący i nawiązujący do historii detektywistycznych, tych poważnych i tych mniej. Grupa nastolatków i pies na tropie krążącego po okolicznych lasach zła, które, jak się wydaje ma mrożącą krew w żyłach formę… mima! Zmowa milczenia, tajemnice, klauni. Zgroza.

Przyszły rok jeśli chodzi o komiks sieciowy wydaje się być obiecujący. Sam mam sporo planów, z których zrealizuję pewnie góra jedną trzecią. No chyba, że w ogóle to rzucę. Nawet jeśli, wygląda na to, że mimo wszystko będziecie mieli co czytać. :)

No cóż, to chyba tyle. Przynajmniej na razie. Szykuję coś jeszcze w ramach podsumowań, zobaczymy.


Podsumowanie roku.

W kategorii „najgorsze lata” 2011 z pewnością będzie miał dla mnie zawsze silną pozycję. Jego pierwsza połowa była tak zła, że właściwie jej nie pamiętam. Serio. Zrobiłem parę rysunków, komiksów, żaden mi się nie podobał, a na pytanie „właściwie dlaczego jeszcze nie biorę narkotyków?”coraz trudniej było znaleźć odpowiedź.

Okres poszukiwania stylu i zgubionego gdzieś po drodze zainteresowania komiksem jako takim.
Teoretycznie mogłem narysować o tym wszystkim autobiograficzny komiks, niczym Spell swoją „Terapię”. Z tą drobną różnicą, że mój komiks byłby cholernie długi i nudny.

Po narysowaniu jednego z odcinków „Człowieka Bez Szyi” zacząłem eksperymentować z uzyskiwaniem „malarskiego” efektu, w Fotoszopie bez większych sukcesów, jednak gdzieś sierpniu przerzuciłem się na Paint Tol SAI. Mniej więcej w tym samy okresie zacząłem pracę nad kolejnym webkomiksem. Była to oczywiście „Epoka Dymu”. Moje nastawienie do tej serii można było ująć w skrócie jako „teraz, albo nigdy”. Postanowiłem, że jeśli nie wyjdzie mi z tym komiksem, tak jak z większością projektów w ostatnich latach (wyłączając „Człowieka-Szynszylę”),  będę musiał sobie poważnie parę spraw przemyśleć.

Ponadto, w drugiej połowie roku udało mi się zrobić zdecydowanie więcej.  Szkice, portrety, ogarnianie anatomii, itp. Pomijając inne sprawy, pod względem produktywności wychodzę chyba w tym roku na plus.

Jeśli chodzi o nadchodzący rok, wciąż liczę na to, że maszyny zbuntują się i wezmą to wszystko za mordę i będzie spokój.


Czekam/Nie czekam, odc. 4: TDKR

Poprzedni post z serii wrzuciłem… rok temu? Dżizas.

Znamy się mało, to może na początek powiem coś o sobie. Choć swoje pierwsze komiksy przeczytałem już jakiś czas wcześniej, ich regularne kupowanie zaczęło się dla mnie gdzieś w czerwcu 95-go roku. Jeśli chodzi o wydawany w Polsce komiks amerykański, był to rok wielkich wydarzeń, podczas których bohaterowie dostawali solidny wpierdol nie tylko, jak zazwyczaj, od życia, ale też od różnych, przychodzących znikąd kolesi o bardzo mrocznych ksywach, jak Rzeź, Dzień Zagłady, czy Zguba. Można by się zastanowić, co ze starymi, dobrymi złoczyńcami jak Doktor Ośmiornica, czy Szalony Kapelusznik, którzy próbując zdobyć władzę nad światem prowadzili z herosami liczne, słowne przepychanki? No cóż, tu mieliśmy do czynienia z twardymi skurwielami, którzy wypruwali flaki, łamali kręgosłupy i zatłukali… zatłukowa… zatłukiwowali… gołymi pięściami na śmierć, i to taką, po której człowiek wracał dopiero kilkanaście numerów później, czasem nawet z długimi włosami.

I tak, w serii Batman: Knightfall człowiek znany jako Bane postanawia utrudnić nieco życie bohaterowi Gotham. Najpierw wypuszcza z więzienia/szpitala psychiatrycznego Arkham wszystkich skazańców, którzy, oczywiście natychmiast zaczynają siać zniszczenie na terenie miasta, zamieniając je w strefę wojny. Mroczny Rycerz spędza następne tygodnie próbując opanować ten chaos, tracąc sen i popadając w skrajne wyczerpanie. W końcu spotyka Bane’a, a ten po krótkiej walce wysyła go na wózek inwalidzki.

Dalej dzieje się jeszcze sporo rzeczy, ale ja nie o tym. Istotne jest to, że w komiksie Bane był pokazany jako człowiek działający za pomocą nie tylko wspomaganej przez narkotyk „Venom” brutalnej siły, ale też błyskotliwych taktyk, planowania i manipulacji, wydawałoby się chaotycznym tłumem.

Pierwszy występ Bane’a na dużym ekranie nastąpił w filmie „Batman i Robin”, z 1997 roku. Zaznaczam, że jeśli macie wśród znajomych fanów (lub fanbojów) Nietoperza, mogą oni zaprzeczyć, jakoby taki film kiedykolwiek powstał, a potem założyć sobie papierową torbę na głowę. W wyżej wymienionym filmie Bane został przedstawiony jako bełkocząca kupa mięśni, co nie spodobałoby się fanom (fanbojom) gdyby taki film kiedykolwiek powstał, rzecz jasna.

Po latach ciszy, za ekranizację Batmana zabrał się Christopher Nolan. Pierwszy film z serii, „Batman: Początek” został bardzo pozytywnie przyjęty przez widzów, a moim zdaniem jest to jak dotąd najlepsza część. Dlaczego? No cóż, wydaje mi się, że jedyna poprzeczka, jaką musieli przeskoczyć twórcy, to „zrobić film lepszy, niż poprzedni”, co nie było szczególnie trudne. To pozwoliło im zrobić na pewnym luzie film z dobrą obsadą, przemyślanym scenariuszem i zdrową dozą poczucia humoru i autoironii.

Gdy „Mroczny Rycerz” miał po raz kolejny przeskoczyć poprzeczkę „poprzedni film” nagle okazało się, że jest ona zawieszona o wiele wyżej. Dla mnie, film ten tak bardzo stara się być dobry, że aż na tym traci, bo traktuje się zbyt poważnie.

Co gorsza, Batman, zamiast działać, przez dużą część filmu siedzi w kącie i płacze. Joker nie jest śmieszny (zresztą w całym filmie, jedyny moment, który mnie rozbawił, to rozmowa Fox’a z szantażującym go pracownikiem). Two-Face jest wciśnięty do filmu na siłę. A może to tylko ja szukam dziury w całym.

W końcu „Hulk” Anga Lee też podoba mi się bardziej, niż ten z Nortonem, w czym, wydaje mi się, jestem osamotniony.

W każdym razie po obejrzeniu parę razy „TDK” mój entuzjazm wobec serii znacznie opadł.

Przed nami premiera „The Dark Knight Rises”. Twórcy filmu nakręcają hype jak tylko mogą. Fani (fanboje) nawet bardziej. Ja osobiście staram się czytania tego wszystkiego w miarę możliwości unikać. Szczerze mówiąc wolałbym zobaczyć np. ekranizację ulokowanej w przyszłości animowanej serii „Batman Beyond”.

Przede wszystkim mam wrażenie, że zakończenie serii wydaje się zmierzać w konkretnym kierunku, tj. powtórzenia wersji wydarzeń z komiksu.

Z jednej strony to dobrze, jeśli twórcy chcą uszanować oryginał, z drugiej kłóci się z tym sam pomysł robienia „realistycznego” Batmana.

Musze przyznać, ze w tej chwili niespecjalnie ciekawi mnie, jak to wszystko się zakończy.

Może bliżej premiery TDKR z powrotem się wkręcę?

Jeśli coś zachęca mnie do obejrzenia, to dwie rzeczy. Po pierwsze, zupełnym przypadkiem obejrzałem niedawno dwa filmy, w których wystąpił Tom Hardy, „Bronson” oraz „Warrior” i muszę przyznać, rozumiem, czemu akurat on jest odtwórcą roli Bane’a.

Po drugie, filmy takie jak „Incepcja”, „Prestiż” czy scena na łodziach w „TDK” przypominają mi, że Nolan jako reżyser ma specyficzne poczucie humoru, lubi wmówić coś widzom, zagrać na ich oczekiwaniach, a potem pokazać środkowy palec. Liczę więc, że „TDKR” czymś mnie jeszcze zaskoczy. Ale czy czekam na ten film? W tej chwili nieszczególnie.


Ja bawię się świetnie.

(Szczerze mówiąc liczyłem, że pierwszy prawdziwy wpis na nowej stronie będzie dotyczył ciekawszego tematu, może nawet, o zgrozo, weselszego. A wyszło jak zwykle.)

Wczoraj, z okazji 11 listopada w stolicy zorganizowano szereg pokojowych demonstracji. Impreza była świetna, wszyscy dobrze się bawili, zwłaszcza policja, która mogła sobie pojeździć na sygnale, postrzelać z armatek wodnych i podnieść statystyki zatrzymań.

Dziś, w dzień później zarówno prawa, jak i lewa strona, a także politycy, wymieniają się uprzejmościami i z czystej skromności zasługi w zorganizowaniu pełnego atrakcji Dnia Niepodległości przypisują sobie nawzajem, prawi-lewym, lewi-prawym, a Ziobru-Tusku.

Ponadto, jeśli chodzi o liczbę aresztowanych, wygląda na to, że prowadzimy z Niemcami kilkunastoma punktami, co nie zdarza się często, wypada się tylko cieszyć. Niektórzy twierdzą, że to dlatego, że Niemcy nie grali u siebie, ale to źli i zawistni ludzie.

Blokowanie marszu narodowców to pomysł o tyle dobry, że dostarcza im świetnych dowodów na to, co od dawna twierdzą, czyli, że są prześladowani i smutni i że wszyscy przeciwko nim. Antyfaszyści mogli oczywiście zorganizować po prostu własny, wiekszy marsz, ale podejrzewam, że tak wyszło taniej.

Z innych dobrych wiadomości, w Polsce wciąż nie ma nacjonalizmu. Skąd to wiem? Ano, bo tak twierdzą polscy nacjonaliści, a ja im wierzę. Jest tylko patriotyzm, który wraz z całym krajem miałby się świetnie, gdyby nie Tusk, TVN, ćpuny od legalizacji zioła, te wścibskie dzieciaki i ich przeklęty pies.


Start

Ok, na początek tylko tak na szybko witam na nowym blogu. Jak zwykle jestem do tyłu z masą spraw, postaram się jak najszybciej przywrócić regularne aktualizacje na stronie.

Pozdro.