Jak już wpominałem tu (a może na blogu?) początek roku upłynął mi głównie na nieszczególnie skutecznych próbach łatania budżetu, stąd zawieszenie prac nad „Epoką Dymu”. Z kolei przełom stycznia i lutego spędziłem rysując szort do „Kolektywu”. Mamy zatem połowę lutego i zaledwie jedną aktualizację od początku roku. Co więcej, wygląda na to, że jeśli nie znajdę torby pieniędzy na ulicy (co jest mało prawdopodobne, głównie dlatego, że nigdzie nie wychodzę), to będę musiał dać sobie spokój z komiksami i znaleźć sobie „prawdziwą pracę”, biorąc pod uwagę moje kwalifikacje, zapewne jako Smutny Brodaty Koleś, Wałęsający Się Po Cmentarzu (jestem pewien, że jest taki zawód).
Ok, zapowiada się depresyjny wpis, ale nie. Szczerze powiedziawszy, „Dhalmun” jest chyba pierwszym moim projektem, w którego przypadku rzeczywiście mam poczucie, że „to jest to”, że udało mi się wszystkie swoje niedoszłe projekty superhero zamknąć w jednym, w miarę sensownym uniwersum i teraz wystarczy tylko to wszystko opisać. Rozwiązanie jest proste, muszę tylko zacząć zarabiać na swoim webkomiksie (proste, kurwa, jak chuj). Aby to zrobić, muszę:
a) zainwestować spore pieniądze, których nie mam, w druk czegoś, co i tak wrzucę potem do sieci i liczyć, że wyjdę na tym na plus (ta, jasne)
b) zwiększyć liczbę wejść na stronę jakieś 10 tys. razy (prosta sprawa).
Czyli w zasadzie problemu nie ma.
A tak już bardziej serio, mój plan na najbliższe dwa miesiące wygląda tak:
1. Kończę część drugą, przechodząc w tryb Jacka Kirby’ego (zwany też trybem napierdalania jak wariat, który udało mi się kiedyś utrzymać przez całe pięć-sześć dni), jakieś sześć plansz.
2. Publikuję to i szort, który miał pójść do Kolektywu. W tym czasie być może uruchamiam kampanię na IndieGoGo, albo czymś podobnym.
3. Rozpoczynam pracę nad częścią trzecią, którą chciałbym opublikować za półtora miesiąca (przez cały ten czas utrzymując tempo z pkt. pierwszego) . Byłaby ona dostępna do pobrania od razu za parę złotych, a powoli publikowana jak zawsze, strona po stronie.
4. Zawsze chciałem zrobić grę, więc jak szaleć, to szaleć. Coś małego, prostego zapewne.
Plan jest optymistyczny (a że optymistą nie jestem, to powiedzmy, że ryzykancki) i pewnie niewykonalny, ale innego póki co nie mam, jeśli chcę kiedykolwiek kontynuować „Epokę Dymu.”
Ech, życie, ty plażo.